Bananas
Bananas

Kiedy dostałem tą płytę na 2 miesiące przed premierą w pierwszej chwili chciałem wszystko opisać na naszą stronę internetową (www.purpleworld.w.pl). Potem postanowiłem poczekać by ludziom, którzy jej nie znają nie robić przykrości. Potem postanowiłem poczekać aż wszyscy się osłuchają z materiałem. Potem... nie ma już innej okazji by odłożyć recenzję tego albumu. Czemu tak odkładam? Powód jest prosty. Za każdym razem jak słucham tej płyty to mam zgoła inne odczucia. Raz podoba mi się bardzo, raz mniej, innym razem po prostu mnie drażni i wyłączam niedosłuchawszy do końca. Jednym razem biorę ja z przyjemnością do odtwarzacza, innym razem biorę już ją do ręki i od razu odkładam, bo nie potrafię się zmusić do posłuchania choćby kawałka. To dziwne, prawda?

Z początku uważałem, że tej płycie brakuje melodii, potem nagle dostrzegłem, że melodii jest o wiele więcej niż na takim “Abandonie”. Z początku uważałem, że te wszystkie wstawki rap są nie do przyjęcia, a teraz nie wiem o co mi chodziło. Uważałem kiedyś, że na tej płycie Don jest wiele razy, ale w takich pociętych kawałeczkach, że aż bolało, dziś uważam, że jeszcze nigdy ostatnimi laty klawiszy nie było tak dużo na żadnej studyjnej płycie Purpli. Z początku uważałem, że nie mogło być gorszego tytułu dla płyty, potem nawet mi się on podobał, a dziś już jest mi wszystko jedno.

Co mam wiec napisać na temat tej płyty? Nie wiem sam. Jest kilka rzeczy, których jestem pewien:
Strasznie nie podoba mi się okładka, ale są bardzo fajne zdjęcia w środku (zwłaszcza analog).
Jest wielkie rozczarowanie: brak “Well Dressed Guitar” – i nie że jakoś szczególnie kocham ten utwór, ale tyle lat grali to na koncertach i teraz... (tylko singel?)

Jest kilka utworów, których mogłoby tu nie być: “Sun Goes Down”, “Razzle Dazzle”, “Picture Of Innocence”. Są utwory takie sobie, które są, ale gdyby ich nie było...: “House Of Pain”, “Silver Tongue”, “I Got Your Number”. Jest “Doing It Tonight”, który z początku nie leżał mi kompletnie, a który teraz bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Taki luźny Gillan podrywający laski w barze – bardzo lubię te skojarzenie, które pokazuje rozrywkowy charakter tego kawałka. Fajny rytm (wieeeelkie dzięki dla Iana Paice’a). Jest “Bananas” – dla mnie świetny purpurowy kawałek, po którym oczekiwałem wspaniałego koncertowego wykonania ala “Speed King” z 1984/85 – szaleńcze dialogi gitarowo-organowe, długie improwizacje i wielka zabawa na scenie. A tymczasem po tym co usłyszałem (np. z Berlina) jest wieeelka klapa.
Są też utwory bardzo bliskie memu sercu, na które zwróciłem uwagę już przy pierwszym przesłuchaniu. Są to wszystkie “niepurpurowe” melodie: “Haunted”, “Walk On”, “Never A Word”, “Contact Lost”.

W pierwszym – mnie w ogóle nie przeszkadza ani żeński chórek, ani brak wymyślnych rifów. Jest prosta melodia (dzięki Bogu Morse już nie serwuje nam połamanych rytmów do poskręcanych solówek gitarowych). A to co proste jest zawsze najpiękniejsze.
Drugi – zdecydowanie najlepszy na płycie. Spokojnie płynący utwór sączy się jak pomału pity drink. Im dłużej go pijemy tym smakuje bardziej i tym lepszy mamy nastrój. “Walk On” to zdecydowanie ten kierunek w którym Purple powinni pójść – jazzowo-bluesowe płyty na stare lata. I wcale nie musi się to nazywać Deep Purple. Niech to będzie 5 solowych płyt pięciu facetów, którzy kiedyś grali hard-rocka.
“Never A Word” – ależ zaskoczenie. Jeszcze nigdy ten zespół nie nagrał czegoś takiego. A jednak okazuje się, że mogą, że brzmi to REWELACYJNIE! I gdyby nagrali całą płytę taką jak ten kawałek. Toż by to była rewolucja, ale czemu nie. Ja już przez te lata nasłuchałem się Purpli jako najlepszy zespół hard-rockowy świata. Teraz z dziką rozkoszą posłucham czegoś całkowicie, kompletnie innego. A zresztą jak mam ochotę na ostry hard-rock – to wole włączyć Deep Purple A.D. 1970/1971 czy 1974. Oni samych siebie już przecież nie przeskoczą po co więc ścigać się z samym sobą?
“Contact Lost” wg kilku osób jest to Gary Moore dla ubogich. Jeśli tak, to wolę Gary Moore’a dla ubogich niż Steve’a Morse’a dla porzuconych. Mnie ta miniaturka w melodyce, treści i pomyśle przypomina miniaturki Blackmore’a z czasów późnego Rainbow. I tu dochodzimy do sedna sprawy – Purple (mając tak wspaniałych instrumentalistów) za mało nagrywają utworów instrumentalnych. Zdecydowanie za mało!

No i ogólnie podsumowując tą płytę to powiem tak. Pierwszy i najtrudniejszy krok na przód został zrobiony. I bardzo bym chciał aby następny w ogóle miał miejsce (ale tylko w stronę takiego nietypowego Purple jak te cztery wyżej wymienione przeze mnie nagrania). Nietypowe, wolne melodie tylko rozbudziły mój apetyt pozostawiając wielki niedosyt. Czekam teraz na prawdziwą odwagę i płytę która pokaże, że Deep Purple jest bardzie Deep niż Purple.

Roland Bury

Artyści
Deep Purple

Historia powstania zespołu Deep Purple to w dużej mierze dzieło przypadku. Przypadku i nudy. Znudzony rodzinnym interesem Tony Edwards (branża tekstylna) został n...

Aktualności