The Early Years |
Litości, kolejna składanka? Tak, ale tym razem na szczęście odbiegająca od typowej sztancy z hitami Mark II. Mamy tutaj czternaście utworów z pierwszych trzech płyt Deep Purple: pięć z “Shades...”, pięć z “The Book of Taliesyn” i cztery z “trójki”. I nie byłoby w tym nic odkrywczego, gdyby nie fakt, że ktoś poszedł po rozum do głowy i sprawił, że jest to pozycja całkiem ciekawa: cztery spośród zgromadzonych tu utworów to świeże remiksy z Abbey Road, a dwa to wcześniej niewydane alternatywne wersje znanych kawałków. I to właśnie one, “Kentucky Woman” i “Lalena”, decydują o atrakcyjności wydawnictwa. Reszta utworów jest tu w wersjach, doskonale znanych już ze zremasterowanych albumów Mark I, więc nie warto znów się o nich rozpisywać.
Pierwszą z ciekawostek jest “And The Address”. Trzeba przyznać, że zremiksowana wersja powala krystaliczną czystością brzmienia, a na pierwszy plan wysuwa się gitara, przez co kawałek zyskuje na “shadowsowskim” klimacie. Dalej mamy “Hush” w wersji “monitor mix”, pozbawionej wstępu z ujadającym psem. Kilka pierwszych sekund ucięto też w “Prelude: Happiness/I’m So Glad”, w którym zupełnie inaczej prezentują się końcowe harmonie wokalne. Następny w kolejności “Hey Joe” zyskał kilka dodatkowych taktów bolera, które w wersji płytowej skrócono – rzekomo ze względu na ograniczenia praw autorskich. Nie ma natomiast odgłosów ze studia po zakończeniu utworu.
Prawdziwą perełką jest nieznane wcześniej studyjne wykonanie “Kentucky Woman” – zdecydowanie bardziej szorstkie, opatrzone surowym wstępem bez zagrywki Ritchiego i wydłużoną, dwuminutową solówką Lorda, która bez wyraźnego sygnału przechodzi w końcową zwrotkę. Wprawdzie popisy Ritchiego nie są tak udane jak w wersji z albumu, ale i tak warto tego posłuchać. Listę zremiksowanych kawałków zamyka cudownie klasycyzujący “Blind” – poprzedzony odgłosami ze studia. Zaś zwieńczeniem płyty jest przepiękna instrumentalna wersja “Laleny”, z delikatną perkusją, za to bez sola na organach i bez Ryśka bawiącego się potencjometrem.
Trzeba przyznać, że słucha się tego nadzwyczaj dobrze, a jedynym zgrzytem jest tu koncertowa wersja “Wring That Neck” z BBC – bynajmniej nie ze względu na poziom wykonania, ale odstającą in minus jakość dźwięku. Choć może właśnie to żywiołowe wykonanie zanadto kontrastuje z lirycznym studyjnym wcieleniem wczesnych Purpli.
Tak czy inaczej, pozycja obowiązkowa dla fanatyków pierwszego składu. Dla pozostałych – świetna okazja, by uświadomić sobie magię tamtych czasów.
Marcin Zalewski
