| 2004-01-21 10:06:20 Wywiad z Czesławem Niemenem, który przeprowadzony został z okazji premiery jego ostatniego, studyjnego albumu "Spodchmurykapelusza". |
Rozmowa z Czesławem Niemenem przeprowadzona 31.10.2001 r. z okazji premiery nowego albumu zatytułowanego „Spodchmurykapelusza”.
„Dziwny jest ten świat” - tak brzmi tytuł piosenki, która uczyniła z Pana trybuna pokolenia drugiej połowy minionego stulecia. Jaka jest pańska opinia o świecie dzisiaj, u zarania nowego milenium?
Czesław Niemen: Opinia jest jednoznaczna i to wynika z wydanej płyty. Na niej umieściłem dalsze refleksje na temat dziwności świata. One dotyczą oczywiście świata antropocentrycznego, bo ten jest dla mnie dziwny. Cała reszta należy do sfery piękna, świat jest piękny jednoznacznie.
Smutna jest ta pańska historia rozwoju rodzaju ludzkiego, jaką zawarł Pan chociażby w "Śmiechu megalozaura" i równie smutne są perspektywy, jakie Pan przedstawia.
Tak, ale jest niestety prawdziwa. Stwierdzam, że jest prawdziwa i obym był prorokiem, którego wizje się nie sprawdzają. Ale jak na razie takie widzę zakończenie tej całej epopei ludzkości - cywilizacyjnej oczywiście.
I nie jest Pan w tym odosobniony. Niedawno czytałem co powiedział uważany za największy umysł naszej epoki - Stephen Hawking, który stwierdził, że ludzkość jest już w okresie schyłkowym i niewiele czasu jej zostało. Ludzkość potrafi sama zgotować sobie los, jakiego nie życzyłaby najgorszemu wrogowi.
Jest i nie jest... rodzą się absurdalne pomysły na humanizm. Przede wszystkim zaczęło się moim zdaniem od źle zrozumianego pojęcia antropocentryzmu, jako po prostu czegoś coś co wykracza poza religijne rozumowanie "człowiek na obraz i podobieństwo Boga". Ja myślę, że Bóg stworzył nie tylko człowieka i to że człowiek uzurpuje sobie prawo do wyjątkowej roli w jego twórczym akcie jest przesadą. A obserwujemy to coraz bardziej dosadnie, daleko posunięta tolerancja zmieniła się w daleko posuniętą obojętność. Tolerancja w rozumowaniu konstruktywnym pojawia się wtedy, kiedy nie przeszkadzamy inności. Kiedy zaś nie przeszkadzamy złu jest to przesada. To zło niestety wychodzi na jaw w sposób coraz bardziej bezwzględny, ordynarny i tutaj upatruję rzeczywiście, że się tak wyrażę, "bezwyjściówy".
Zagrożenia przynajmniej....
No tak, przecież to co obserwujemy jest najlepszym dowodem. Do czego to podobne, żeby XXI wiek, który jeszcze niedawno jawił się nam jako ostateczne rozwiązanie problemów ludzkości i braterstwa, a przede wszystkim poszanowania i tolerancji, wręcz miłości do bliźniego, żeby ten wiek zaczynał się nową, i to religijną wojną. Oczywiście myślę, że to jest nadużycie, ale ci którzy chcą ją prowadzić tak to nazywają - "wojna". Uświęcanie wojny jest nonsensem.
Zwłaszcza po doświadczeniach, które już ludzkość ma...
O to chodzi. My właściwie cały czas tworzymy historię zbrodni nie dostrzegając historii natury, w ogóle jej nie dostrzegamy. W mediach liczy się coraz dobitniej historia zbrodni. My tworzymy historię zbrodni.
A nie sądzi Pan, że może wynikać to z opacznego odczytania biblijnego zapisu, że człowiek jest „panem stworzenia”?
Pewnie tak. Widzi pan... z jednej strony głośno mówimy o prawach człowieka, ale nie dajemy żadnych praw innym istotom. Unicestwiamy je dla własnej przyjemności, chociażby dla jedzenia, w piosence zatytułowanej „Antropocosmicus” mówię o tym "codziennym mięs pożeraniu".. Muszę dodać, że jestem wegetarianinem. Przypisujemy sobie prawo chronienia tylko siebie. Nie chronimy, nie chronimy życia innych istot, które są równoprawne w obliczu boskiego dzieła stworzenia.
Niewiele lepszą diagnozę stawia pan dla rodzaju, nazwijmy go „Homo-polonicus”. A szczególnie dla tworzących w tym języku. W jednej z piosenek z nowej płyty dosyć zgryźliwie odnosi się pan do tego co dzieje się w muzyce.
No tak. My w bardzo epigoński sposób próbujemy naśladować Amerykę, która nie zachwyci się tym, bo nie może... najczęściej zaś, jak sarkastycznie napisałem: "raczej ze śmiechu niźli z zachwytu kona". Uważam, że lepiej być sobą. Doświadczenie pokazuje, że to co oryginalne, nawet jeśli nie jest dalece zaawansowane pod względem wykwintu artystycznego, ale integralnie związane z pomysłem twórczym i tak się obroni. Nie trzeba koniecznie się ścigać. Jeżeli tam wymyślono rap, to my zaraz też musimy mleć jęzorami, jeżeli tam wymyślono rythm'n'blues to my będziemy to robić samo, jeżeli tam jest techno, to my też będziemy technikami – tak nie musi być! Trzeba mieć jakieś pojęcie odrębności i pracować nad indywidualnym rozumowaniem w tej materii, w akcie twórczym, bo inaczej to jest tylko prymitywne naśladownictwo - dopasowanie się do obowiązujących mód. Ja przeżywałem różne okresy w swoim życiu i na początku pewnie też tak było, ale bardzo szybko, niemal na początku kariery, zrozumiałem że nie tędy droga. Byłem chyba pierwszym wykonawcą, który sam napisał sobie piosenkę. To było wtedy ewenementem niemile widzianym przez zawodowych kompozytorów muzyki rozrywkowej, a szczególnie przez tekściarzy. Chociaż nie twierdzę, że jestem bardzo samodzielny jeśli chodzi o odrębność stylu, bo przecież wychowałem się na różnych wzorach. To zrozumiałe - byłem młody i nie mogłem nagle „odkryć Ameryki” bez jej zasmakowania. Ale atarałem się to zrobić „po swojemu”. I to „po swojemu”, jak się okazało dało podstawę do indywidualnego stylu. Oczywiście przetrwał jakiś ogólny zarys nowoczesnego języka muzycznego i tak go rozumiem do dziś, natomiast od blisko 30. lat naprawdę nie posiłkuję się żadnym novum płynącym z Ameryki, czy ze świata. Potrafię się zachwycać nie tyle formą ile kunsztem, ale zawsze szukam odrębnej, własnej interpretacji, a nie naśladownictwa.
No właśnie. Przez wiele lat eksperymentował pan z muzyczną formą swoich dzieł tworząc muzykę, która daleko wykraczała poza utarte ścieżki i to zarówno te, które były kopiowaniem wzorców zachodnich, jak i tych dyżurnych u nas w ogólnie pojętej muzyce rozrywkowej. Natomiast dzisiaj odnoszę wrażenie, że na płycie "Spodchmurykapelusza" już nie ma tych eksperymentów, tylko taka pańska zabawa konwencją muzyczną.
O tak, zamierzona szczerze mówiąc.
Właśnie tak to odebrałem - jakieś splatanie form monumentalnych z kameralnymi, raz podkreślanie rytmu, czasami chowanie go gdzieś w tle, włączanie prostej melodii w rozbudowane elektroniczne instrumentarium. Czy jest to wynikiem pańskiego nasycenia eksperymentami i teraz chciałby Pan się swoją muzyką pobawić?
Wie pan... Ja w tej chwili wyżej cenię warstwę słowną swoich utworów, bo słowo jest moim zdaniem najważniejszym nośnikiem myśli. Mimo że ubrałem to w piosenki, to w sumie jest to taki krótki tomik poetycki. Trochę górnolotnie to mówię, bo właściwie nie obrażę się na nikogo, kto mnie nazwie grafomanem, ale ta moja „grafomania” trwa już na tyle długo, że poznałem tajniki syntezy myśli. Złapałem się niedawno na tym, że łatwiej mi wypełnić rubrykę pisma, z którym współpracuję, w formie poetyckiej lub quasi-poetyckiej, niż opisać prozą jakąś aktualną treść. No więc zasmakowałem w tym, pasjonuje mnie synteza pewnych niedomówień i daje mi wielką satysfakcję zostawianie wielokropków dla czytelnika. A nuż domyśli się o co mi chodzi?
I stąd chyba również te neologizmy, które się pojawiają w tekstach piosenek na nowej płycie, jako rebus, kalambur dla słuchacza...
To jest takie, posłużę się cytatem : "chowanie nie tylko kości, ale i psa".
Chciałbym zapytać o jeszcze jeden utwór, który mnie szczególnie zaintrygował, mianowicie "Manhattan '93" i nie chodzi tu tylko o fakt, że słowo Manhattan jest odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki w związku z wydarzeniami 11 września, ale o pojawiającą się w tym utworze postać Ricka Wakemana ,o którym dzisiaj mało kto pamięta. Nawet ostatnia wizyta zespołu YES, z którym był długo związany nie stanowiła dla dziennikarzy okazji do przypomnienia jego osoby. Odniosłem wrażenie, że z tym człowiekiem łączy Pana jakaś więź, odbieram go jako takiego jak Pan muzycznego wędrowca. Czy oprócz niego są jeszcze jakieś postacie z którymi odczuwa Pan muzyczne pokrewieństwo?
Na pewno z Jonem Andersonem i w ogóle z zespołem YES. Pamiętam jak oni wystartowali ze swoją bardzo na tamte czasy oryginalną muzyką. Miałem wtedy dość ambitny zespół muzyków, którzy celowali wysoko i daleko. Penetrowaliśmy wówczas podobne rejony, chociaż nie próbowaliśmy ich naśladować, ale gdzieś tam podświadomie to nam odpowiadało. Do dziś dnia bardzo cenię Wakemana, chociaż szkoda, że on już z zespołem YES nie współpracuje.
Ten epizod... Manhattan '93. Będąc w Nowym Yorku w maju tamtego roku miałem na Broadway'u koncert dla Polonii, dla ludzi, którzy do tej pory przychodzili na koncerty do jakichś nieciekawych klubów podmiejskich. A tu nagle musieli „odstawić się” elegancko i przyjść na Broadway i znaleźć się w sali Town Hall nieco mniejszej niż Carnegie Hall, w której wystąpiła Budka Suflera. Zabawne, że 35-lecie mojej pracy scenicznej zostało uczczone właśnie na Manhattanie, w Polsce jakoś nikt go nie zauważył. Napisałem wówczas wiersz i kiedy teraz go przeczytałem, to pomyślałem: "fajna rzecz" i tak spontanicznie wyszedł mi z tego taki jakby blues. Kiedy już byłem w trakcie zgrania płyty przyszedł ten straszny moment z World Trade Center. Muszę dodać, że Manhattan jest dla mnie miejscem magicznym. Pierwszy raz pojechałem do Ameryki w 1973 roku, żeby nagrać po angielsku „Mourner’s Rhapsody” według Cypriana Norwida. Przeżyłem tam naprawdę piękne 3 miesiące. Do dziś dnia mam ogromny sentyment do tego miasta. Wszystko przez jego niebywałą energię i kosmopolityzm, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Tam właściwie zebrali się w jednym miejscu wszyscy niebanalni ludzie, oczywiście tak samo wielu nieudaczników, o których wspominam w tym utworze. Napisałem w tym tekście, że Polacy też odkryli, że drapacze chmur nie są aż tak niebotyczne, co w kontekście zdarzeń brzmi dość dramatycznie. Po tym co się zdarzyło 11 września poczułem się nieswojo. Zaraz też napisałem "Manhattan '01", opublikowany w gazecie "Tylko Rock" i porządnie obsobaczyłem tych co uświęcają wojny. Ciężko mi o tym mówić, bo nie chcę się rozwodzić na temat tak daleko posuniętego zła, już właściwie powiedziałem wszystko na ten temat.
To może teraz troszkę powspominajmy i jeśli Pan pozwoli to w takiej konwencji: ja rzucę kilka słów-haseł, a Pan opowie z czym one się Panu kojarzą. Na początek – BLOOD SWEAT AND TEARS i David Clayton-Thomas.
Miałem wtedy kontrakt z CBS International czyli z tą samą wytwórnią, w której BS&T wydawali swoje płyty i w 1972 roku wystąpiliśmy razem na jednej scenie w Malmö w Szwecji – na jakimś festiwalu rockowym. Widocznie ktoś mnie tam dostrzegł i kiedy Clayton-Thomas odszedł, poprzez firmę CBS we Frankfurcie dotarła do mnie wiadomość, że zespół mnie zapamiętał i rozważał możliwość zaproponowania mi współpracy jako wokalisty. Ale ja miałem wtedy swój zespół. Po rozmowie z dyrektorem generalnym CBS International, który miał jakieś plany wobec mojego zespołu i nie był specjalnym entuzjastą tego pomysłu, nie skorzystałem z tej propozycji. Później zastawiałem się czy dobrze zrobiłem czy źle, bo mój zespół po kilku latach rozpadł się, a moi współpracownicy stwierdzili, że są zdolniejsi ode mnie i założyli SBB. No i... nikt na tym specjalnie nie skorzystał - oni poszli swoją drogą, ja swoją, sprawa upadła i tyle... Właściwie niczego nie żałuję, bo nie wiem czy potrafiłbym w tamtym okresie znaleźć się w takiej grupie, chociaż pewnie wokalne predyspozycje do tego miałem.
Inne hasło: Farida
Farida. Przyjaźń po festiwalu Canta Giro w 1970 roku. Miałem wówczas kontrakt z firmą CGD z Mediolanu i pojechałem tam po wydaniu singla. Usłyszałem jak niesamowicie śpiewa Farida i zaprzyjaźniłem się z nią. Później przyczyniłem się do jej przyjazdu do Sopotu, udało mi się namówić niektórych organizatorów, żeby jej posłuchali jej płyty i udało się. Przyjaźniłem się z nią przez jakiś czas. Pod koniec lat 80. powstał pomysł żebym pomógł jej nagrać solową płytę, ona zresztą przywiozła mi trochę tekstów, ale niestety firma ją reprezentująca przestraszyła się takiej współpracy. Włosi, muszę to powiedzieć, bardzo dziwnie podchodzili do spraw autorskich i widocznie coś im się nie spodobało, w każdym razie nie doszło do dalszej współpracy.
I o dzisiejszy losach Faridy nic Pan nie wie?
No nie bardzo... chyba w 90. latach, pojawiła na którymś festiwalu w Sopocie, bez echa zresztą. Szkoda, bo tył talent samorodny. Moim zdaniem absolutnie niedoceniony we Włoszech.
"Sen o Warszawie"...
To jest sen quasi emigranta, ale nie emigranta do końca, bo ja pojechałem do Paryża tylko na jakiś czas. W roku 1965 podpisałem kontrakt z francuską firmą fonograficzną, na nagranie płyty. Najpierw przygotowałem się do nagrania tzw. czwórki, bo wtedy były modne nie single, a właśnie "czwórki", takie mini albumiki. Trafił się poeta francuski Pierre Delanoë, który pisywał teksty dla Sachy Distela i innych znanych gwiazd francuskich i jedną z piosenek, którą zaprezentowałem przy gitarze w biurze dyrektora firmy wybrał jako rzecz mającą stanowić trzon tego albumiku. Była to piosenka "Chciałbym cofnąć czas", rzecz bardzo osobista. Po kilku dniach przyniósł mi tekst "A Varsovie". Przeczytałem - kompletnie nie pasująca sprawa, więc bardzo szybko w porozumieniu z dyrygentem i aranżerem wymieniliśmy muzykę, napisałem nową melodię do tego tekstu i tak powstał "Sen o Warszawie”, polska wersja „A Varsovie” w opracowaniu moim i Marka Gaszyńskiego. Nagrałem ją też w Paryżu, i tak powstał szlagier, który przetrwał tyle lat - od 1966 roku.
A teraz kolejne hasło: rok 1962.
To był Pierwszy Festiwal Młodych Talentów w Szczecinie. Dla mnie to była fascynująca przygoda, ponieważ wcześniej pojawiałem się w różnych amatorskich zespołach studenckich lub przypadkowych podśpiewujących zespolikach. Solo także, czasami. A tutaj nagle przez eliminacje doszedłem do konkursu głównego. Wspominam to ciepło - to właściwie był początek, a zawdzięczam wszystko Franciszkowi Walickiemu, który działał na Wybrzeżu i był już po doświadczeniach z „Rythm'n'bluesem” i w ogóle rodzeniem się rocka w Polsce. Początkowo niespecjalnie mnie tolerował, ponieważ nie śpiewałem rock'n'rolli, ale dość szybko potrafiłem się przekwalifikować. W każdym razie właśnie Festiwal Młodych Talentów w Szczecinie dał początek, jak to dziś określam moim "manowcom estradowym".
I jeszcze jedno, ostanie hasło: Norwid
Norwid to jest właściwie źródło. Źródło i początek moich poważniejszych prób poetyckich. Choć jak powiedziałem wcześniej, nie obrażę się jak ktoś mnie nazwie grafomanem. Od dzieciństwa fascynowałem się poezją. A Norwid nauczył mnie rozróżniania formy i syntetycznego rozumowania w budowaniu treści. Norwid napisał wprawdzie dużo rozbudowanych poematów, ja jednak zawsze sięgałem do tych strof, które były krótkie i zwięzłe. To one z uwagi na formę i treść nadawały się najbardziej do śpiewania. Tu znalazłem mądrość i naukę bez kończenia filologii. Dalej studiuję tę poezję. Norwid jest poetą zajmującym w moim życiu miejsce szczególne i nawet uzurpuję sobie prawo do uważania siebie za „późnego wnuka”, który „odczyta pismo”, jak to napisał poeta. A wielu wnuków pominęło to pismo. Szkoda, bo to jest wysoce humanistyczna część naszej literatury i mam tę satysfakcję, że udało mi się w jakimś sensie zaszczepić zainteresowanie tą poezją jeszcze w czasach głębokiego PRL-u.
Właśnie wtedy Norwid wrócił do szkół...
To jest bardzo pozytywne. Muszę powiedzieć, że mam jeszcze sporo wierszy Norwida do zaśpiewania, które czekają na swoją kolej. Myślę, że jestem jeszcze winien poecie płytę pod tytułem "Pieśń od ziemi naszej" - bardzo aktualną, jak się dziś okazuje.
Jeszcze jedno pytanie dotyczące korzeni pańskiej twórczości. Pochodzi Pan z kresów wschodnich. Jaki wpływ ma ten fakt na pańską wrażliwość muzyczną. Bo jest coś w ludziach, tych których korzenie znajdują się na terenie dzisiejszej Ukrainy, Białorusi, czy Litwy co ich zdecydowanie odróżnia od tych z centralnej Polski.
Melodyka, z pewnością melodyka. Taka trochę zaduma, trochę harmonia - wpływy cerkiewne. Jest coś rzeczywiście takiego... Ja na przykład mam smykałkę do aranżacyjnych pomysłów chóralnych, jeszcze gdzieś we mnie drzemią reminiscencje z dzieciństwa, kiedy nawet nieprzyjemne dla dziecka procesje pogrzebowe zapadły mi w pamięć jako coś pięknego - właśnie poprzez śpiewy prostych ludzi, którzy bez żadnych nauk i teoretycznych wiadomości potrafili tak harmonicznie to wykonywać. Nie mówiąc o kościele, który grzmiał niebywałą ekspresją, nie monofonicznie - jak to się zdarza w centralnej Polsce, ale harmonicznie, aż ciarki przechodziły po plecach.
I tak chyba zostało do dzisiaj - sam byłem nie tak dawno świadkiem jakiegoś spotkania, na którym grupa studentów bodajże z Ukrainy, bądź Białorusi przy ognisku fantastycznie zaśpiewała wielogłosem a capella jakąś pieśń ludową.
Tak. To jest właśnie to. Podobnie jest z regionem góralskim, przecież górale mają swoją muzykę po prostu we krwi - tam nikt się tego nie uczy. Tak i ja mam swoje korzenie, gdzieś kiedyś to wrosło w moją psychikę i w słyszenie dźwięków.
Chciałbym zadać teraz Panu pytanie trochę prowokacyjne. Pisze Pan i wykonuje piosenki od lat wielu, pisze Pan poezję, która może funkcjonować bez muzyki. Przyznaje się Pan w wywiadach, że jest malarzem, murarzem i stolarzem. To kim Pan jest tak naprawdę i do końca?
Zosią-samosią i w przenośni i dosłownie. Wie pan, ja nie cierpię kołchozu. Nie cierpię, dlatego że pamiętam jak stalinowskie zapędy zniszczyły w moich rodzinnych stronach indywidualne rolnictwo. Ja się urodziłem na wsi, byłem małorolnym po ojcu - ojciec był bardziej rzemieślnikiem niż rolnikiem - ale mieliśmy wystarczająco ziemi, żeby być samowystarczalni. Mieliśmy wszystko, co było nam potrzebne i tak naprawdę nie musieliśmy nic kupować. Dziś nie mogę się nadziwić, że chłopstwo polskie narzeka na biedę, że nie ma co jeść. To dlatego, że młodzież ucieka ze wsi zostawiając starych, często niedołężnych rodziców. Oczywiście świadomie przerysowuję. Przypomniała mi się taka historia - było to mniej więcej w 52., może w 53. roku, jeszcze żył geralissimus. Przyszli bolszewicy z propozycją utworzenia kołchozów i doskonale pamiętam co się stało. Właściwie w jeden sezon zniszczono wszystko i od tamtej pory znienawidziłem pracę kolektywną, bo widziałem, że jej po prostu nie było, było obijactwo i marnotrawienie ludzkich sił i chęci. I to niestety utrwaliło się na lata. Przekonałem się o tym podczas remontu starego domu, kiedy ekipy, które wynajmowałem ordynarnie mówiąc „dawały ciała” i musiałem sam po nich poprawiać. W rezultacie wiele rzeczy zrobiłem sam, z mozołem i kosztem innych zajęć, ale zrobiłem to porządnie. Jestem pedantyczny, jeśli coś mam zrobić to musi być to zrobione do końca. Często ubolewam, że coś mi się nie udaje, bo człowiek jest niestety niedoskonały. Żeby podsumować sprawę - rzeczywiście jestem indywidualistą. Powiem tak: śpiewam nie apoteozę siebie, tylko apoteozę człowieka indywidualnego, niezależnego, bo to daje podstawę wolności. Natomiast mam taki troszkę podejrzliwy stosunek do wspólnot - i tyle.
Pozwolę sobie zadać Panu jeszcze jedno - już ostatnie pytanko. Dosyć długo, kilkanaście lat, pańscy fani czekali na nową, autorską płytę, która się ukazuje dopiero teraz. Czy mógłbym tutaj uzyskać od Pana zapewnienie, że na następną nie będziemy czekać tak długo?
Wie pan to będzie zależeć od wielu rzeczy... Ja może nie przypisywałbym aż takiej wagi do wydania tej płyty, ani do tego, że fani czekali. Nie wiem na ile czekali na coś nowego... Jakieś sześć lat temu zacząłem porządkować swój dorobek i szczerze powiedziawszy bardzo się zdziwiłem, że fani dali się skusić na pirackie wydania tej mojej pracy. Dlatego w pewnym momencie znalazłem się na skraju załamania psychicznego, że właściwie po co to wszystko...
Ale kiedy trochę ochłonąłem, kiedy poprawione zostało prawo autorskie - coś tam próbuje się ochraniać, przypomniało mi się, że bardzo dużo rzeczy mam w szufladach. Odkładałem je na przyszłość i nagle uświadomiłem sobie, że ta przyszłość jest właśnie teraz i jeżeli dalej będę odkładać, to nigdy tego nie zrobię i stąd desperacki pomysł wydania płyty. Początkowo miały się na niej znaleźć także autocovery niektórych moich szlagierów, ale doszedłem do wniosku, że to byłby błąd. Płyta którą teraz wydaję nie jest komercyjna, jest raczej trochę prześmiewcza, jak na przykład w piosence „Jagody szaleju”.
Mogę powiedzieć, że mam jeszcze w zanadrzu kilka ciekawych pomysłów, chociażby na płytę z okazji 500-lecia odkrycia Ameryki przez Kolumba, na którą materiał praktycznie jest gotowy. Ma to mieć tytuł "Świat nie odkryty" - przez człowieka w ogóle i przez Kolumba w szczególności. Kolumb odkrył jedynie terytoria, a do dziś nie zostało odkryte ich piękno. Odkrycie piękna zostało zaprzepaszczone i ta idea wciąż za mną chodzi i taka płyta powinna powstać. Więcej, powinna być to płyta audiowizualna, ponieważ taka technika mnie fascynuje. Wciąż mam zobowiązanie do zakończenia cyklu "Niemen od początku", czyli tych wszystkich rzeczy, które kiedyś wydawałem, z epizodami zagranicznymi, Pertraktuję teraz jak to zrobić. I to jest powód, dla którego przestałem koncertować, nie mam po prostu czasu na koncerty. Koncerty są ulotne, jeżeli jeszcze będę miał jakąś siłę, to może czasem coś zagram, ale generalnie chcę się poświęcić przede wszystkim twórczości wydawniczej.
To jest bardzo optymistyczny akcent dla miłośników pańskiej twórczości. Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę, aby wszystkie te zamierzenia udało się zrealizować.
Rozmawiał: Waldemar Drelich
Udostępnij
